niebieskoszara

dzieci poczęte krótko przed nową erą my

składamy hołd melancholii u jej stóp

klęczymy czyścimy czarne trzewiki

epoki narkomanów i samobójców

na ich bladych twarzach mokre jeszcze

łzy rzeką płyną delta pod powiekami

niebieskoszara jak twoje oczy

rzucające błędne spojrzenia w stronę

uciekających tramwajów nie wysiadaj

wpleć mi we włosy chaos naszych czasów

ściśnij tak mocno bym rankiem nie mogła

rozczesać kołtunów a potem

będziemy neurotycznie się całować

pod niebem współczesnej poezji

chryzantemy

oschłym

korzeniem jesteś

wysuszasz łzy które ronię przez ciebie

sole mineralne zawzięcie z łodyg wnętrz spijam

liście nerwy wznoszą wysoko w cichej modlitwie o wieczne

życie po liniach papilarnych zawędruje do nieba kiedyś umrzesz

a ja przekwitnę albo wcześniej ktoś brutalnie nas rozerwie pyłki  rozsypie

między płatkami nektarowa krew rozleje się bez walki na polu

mokrym od płaczu chryzantem bez ciebie jestem tylko

na brudnej ziemi pięknymi płatkami wyjdź

nie chcę cię więcej widzieć  rozsyp

złote korony na czarnej ziemi

kamienistych spojrzeń

nie chcę więcej widzieć

choć jestem tak ślepa

na zewnątrz

dym

barwne ścieżki świateł neonowych uciekają w ramiona ciemnej matki ulic

ręce srebrzyste ku afiszom i fluorescencjom gwiazd wznoszą lustrzane

odbicia chmur  pod schodami zmęczonych wojną kamienic słodko

o nowoczesności szepczą mówią nadeszła już wczoraj opieram

plecy o porowatą wnękę wrót za którymi nie ma nic prócz

naszych myśli wpełzających przez dziurkę od klucza

wraz z wiązką światła strumieniem dymu twojego

papierosa którego żar w kolorze pomarańczy

zatraca  się w powietrzu  uwolnionym

spomiędzy dwóch sylwetek płaszcz

kołysze się arytmicznie  muskasz

rękawem moje ramię okopconymi

wargami całujesz oczy rzęsy

tańczą wśród świateł

barwnych ścieżek

w zimną noc

sierpniową

płonę

chagall

przykryłam powieki smutkiem

listów zapachem nienapisanych

wiosny pragnieniem zimowym

 

zawisłam pomiędzy niebem a ściółką leśną

zrywałam jagody fiolety na moich dłoniach

gryzły błękit melancholii dłutem zdrapanej

z obrazów żydowskiego malarza

którego nazwiska nie pamiętałeś

zeszłej jesieni

 

zasnęłam w objęciach

skrzydeł jaskółczych

u brzegu rzeki kra

odpłynęła na zachód

a ja widzę we śnie jak

wciąż rozmawiamy

nad miastem

nad lasem

lecimy

nighthawks

burgund jej ust

przemawia do wnętrza dłoni

czeka na odpowiedź

winogrona

 

jastrząb w kapeluszu

łokcie opiera

o niepokojąco

czysty blat

zapala kolejnego papierosa

ręką prawą odpycha białą

filiżankę kawy i kelner bielą

uniformu rozświetla bar

którego nie ma

 

czterdziestoparoletni urzędnik

z otwartą kieszenią marynarki

w której zwykł chować papierosy

i drobne na zapałki

w zamyślonym przygarbieniu

zbiera z drewna rozsypaną sól

puste ulice wokół Philliesa

krzyczą

nie ma nocnych spacerowiczów

nie ma dekadenckich poetów

jest jedno wyjście

a może nie ma

żadnego

homais

powstałam z prochu

piasku ziaren lub łez

obróciłam się w proch

łzy lub tabletek kolorowych

garście wzięte przed snem

desperacko wymiotowałam

modląc się

by przyszła lub odeszła

 

chwytałam jak brzytwy

kraniec prześcieradła

lub początek życia

tachykardia rozpacz

lub tabletki kolorowe

smakiem atramentowym

dziwnie przypominające

biały arszenik z apteki

pana Homais

powiedziały mi

co znaczy

śmierć

lub

samotność

skrzypi sufit

skrzypi sufit

nie twoimi krokami

słyszę bębny

nierówne i mocne

bicie membrany

a może to głos

mojego serca

 

śniło mi się

że jestem pisarką

układałam  nowe  wyrazy

ze starych liter

a ty

bohater powieści

której koniec połamał mi palce

maszyny taśmy

w zardzewiałym zamku

przystanęły

 

śniło mi się

że jestem skałą

na której siadasz łokcie

opierasz za plecami

a ja

uwięziona w myślach uporczywych

bezsilnie łamałam żebra

kwarcytowe łzy

w permanentnym zobojętnieniu

przystanęły

 

śniło mi się

że jestem ptakiem

rozkładałam skrzydła

na nocnym niebie

gwiazdy paliły serce

do kruchego korpusu

Ikara przyszpilone

 

mięsień z piersi wypadł

zakrwawiony

 

umarłam

skrzydłami otulona

 

nie umiejąc być tym kim chcę

będąc kimkolwiek

nie jest się

wcale